Choć trasa W-Z w Piotrkowie Trybunalskim powstała jeszcze przed centralnymi dożynkami w 1979 roku, jej najważniejszy element – przebicie pod nasypem kolejowym – pojawił się dopiero w latach 90. XX wieku. Kierowcy jadący z zachodu na wschód musieli bowiem zjeżdżać z głównej arterii i przeciskać się pod kolejowym wiaduktem przy ulicy Narutowicza. Dopiero w latach 90. zapadła decyzja o wykonaniu przebicia pod nasypem kolejowym. Powstać miały trzy tunele: dwa dla samochodów oraz jeden dla pieszych.
Pod koniec 1998 roku inwestycja stanęła jednak pod ogromnym znakiem zapytania. Minister finansów Jerzy Miller przekazał prezydentowi Piotrkowa Andrzejowi Polowi, że rząd nie przewiduje już dalszego finansowania budowy. Miasto miało radzić sobie samo. To nie były jedyne problemy. Waldemar Matusewicz, wówczas wicewojewoda piotrkowski, a później marszałek województwa, wspominał na łamach gazety, że już na początku inwestycji pojawił się spór o to, kto właściwie powinien ją realizować. Drogowcy od razu powiedzieli, że nie będą budować tego wiaduktu, bo to jest wiadukt kolejowy. Kolejarze odpowiedzieli, że oni nie będą budować, bo wiadukt ten do niczego im nie jest potrzebny. Ostatecznie udało się zdobyć brakujące środki, i budowy nie przerwano.
Rok 1999 upłynął pod znakiem intensywnych robót. Aby dotrzymać terminów, część prac prowadzono również nocami. Nie wszystkim się to podobało. Mieszkańcy okolicznych bloków skarżyli się na hałas młotów pneumatycznych, który nie pozwalał spać. Przedstawiciele magistratu tłumaczyli jednak, że tylko dzięki takim rozwiązaniom można było uniknąć całkowitego zamknięcia ważnych skrzyżowań w ciągu dnia. Jednocześnie przygotowywano nową organizację ruchu: wyłączano stare sygnalizacje, zmieniano pierwszeństwo przejazdu i apelowano do kierowców, aby nie jeździli „na pamięć”.
Pod koniec czerwca 1999 roku przyszedł wreszcie moment, na który mieszkańcy czekali od wielu miesięcy. Najpierw do ruchu oddano pierwszy tunel, a dwa tygodnie później także drugi. Na archiwalnych fotografiach z „Tygodnia Trybunalskiego” widać nie tylko przecięcie wstęgi, ale również coś, czego dziś raczej nie zobaczylibyśmy podczas otwarcia miejskiej inwestycji. Po oficjalnych przemówieniach uczestnicy wznieśli toast lampką szampana, a następnie wsiedli na rowery i przejechali nowo otwartymi tunelami. Pomysł wspólnego przejazdu wyszedł od prezesa piotrkowskiego PEUK-u Tomasza Kaczmarka. Tłumaczył on, że rowery przygotowano dla ludzi, „którzy chcą coś zrobić – żeby pedałowali w jednym kierunku, w kierunku jak największej liczby inwestycji w mieście”. Sam szampan również nie pojawił się przypadkiem. Był efektem zakładu pomiędzy marszałkiem województwa Waldemarem Matusewiczem a prezesem PEUK-u. Marszałek nie był przekonany, że wykonawca zdąży zakończyć inwestycję w terminie, i postawił skrzynkę oryginalnego francuskiego szampana. Ostatecznie przegrał zakład, a skrzynka trafiła do zwycięzcy już następnego dnia. Na uroczystości obecny był również prezydent Piotrkowa Andrzej Pol. Nie dołączył jednak do rowerowego przejazdu. Jak żartował, nie ma roweru, dlatego nowy tunel będzie pokonywał pieszo, idąc codziennie do pracy i wracając z urzędu.
Cała inwestycja kosztowała 12,5 mln zł. Dziesięć milionów pochodziło z budżetu państwa, a pozostałe 2,5 mln – z subwencji drogowej. Radość nie trwała długo. Kilka tygodni po otwarciu tuneli nad Piotrkowem przeszła gwałtowna burza. Pod wiaduktem pojawiła się nawet półmetrowa warstwa wody. Samochody utknęły w zalanych tunelach, a strażacy musieli pomagać kierowcom wydostać pojazdy. Według ówczesnych informacji przyczyną problemów był zbyt mały przekrój rur odprowadzających wodę spod jezdni. Deszczówka nie była w stanie odpływać wystarczająco szybko, i nowe tunele zamieniły się w ogromne rozlewisko.
Dziś tunele na trasie W-Z są jednym z najważniejszych elementów układu drogowego Piotrkowa Trybunalskiego. Każdego dnia korzystają z nich tysiące kierowców, a mało kto pamięta, że ich budowa mogła zakończyć się fiaskiem.
Źródło: epiotrkow.pl




